View Comments

Blond niespodzianka

Znowu zatrzymujemy się w USA na dłużej. Tym razem chcę Wam przedstawić wokalistkę i gitarzystkę, która połączyła amerykański folk ze szczyptą country i konkretnym ładunkiem rocka. Stworzyła bardzo ciekawe brzmienie i zdobyła uznanie słuchaczy na całym świecie. Przed Wami Lissie.

Naprawdę artystka nazywa się Elizabeth Corrin Maurus, a muzyką zainteresowała się już w dzieciństwie. Już mając dziewięć lat osiągnęła sukces grając główną rolę w musicalu „Annie”. Urodziła się w 1982 roku w Rock Island. Muzyka towarzyszy jej niemal przez całe życie, a szczególnie ważna była w okresie szkoły średniej, gdzie młoda piosenkarka nie była grzeczną dziewczynką. Często powtarzała w wywiadach, że tak naprawdę muzyka w tym okresie życia była jedyną rzeczą, która pozwoliła pozostawać przy zdrowych zmysłach. Nawet po wyrzuceniu jej z ostatniej klasy liceum, udało jej się uzyskać dyplom i rozpocząć studia. To właśnie tam zaczęła poznawać nowych muzyków, z którymi współpracowała. Po dwóch latach na uniwersytecie wyjechała do Paryża. Po spędzeniu tam jednego semestru, zdecydowała wrócić do Stanów, zakończyć edukację i poświęcić się muzyce.

Jej kariera rozpoczęła się w 2007 roku. Nagrała wtedy i wydała epkę z czterema premierowymi utworami, czym zwróciła na siebie uwagę Lennego Kravitza, który zaprosił Lissie na wspólną trasę koncertową. Po powrocie z trasy zaczęła skupiać swoją uwagę na komponowaniu nowych utworów. W 2009 roku ukazała się kolejna epka piosenkarki, wyprodukowana przez Billa Reynoldsa i wydana w niezależnej wytwórni Fat Possum Rec. Minialbum szybko zdobył uznanie słuchaczy, a piosenka „Oh, Missisipi” została uznana za jeden z najlepszych debiutów 2009 roku. Na początku 2010 roku Lissie zagrała trasę w Wielkiej Brytanii, gdzie supportowała Joshuę Radina, amerykańskiego piosenkarza folk. Udało jej się wówczas podpisać kontrakt płytowy z brytyjskim gigantem fonograficznym Columbia Records. W tym samym roku, pod skrzydłami wytwórni ukazał się jej debiutancki longplay „Catching a Tiger”, który bardzo szybko zdobył serca słuchaczy, a single promujące wydawnictwo okupowały pierwsze miejsca list przebojów. W sierpniu tego samego roku Lissie pojawiła się w radiowym programie wykonują na żywo cover „Stairway to Heaven” Led Zeppelin. Jej wykonanie tej piosenki wprawiło wszystkich w osłupienie, było tak świetne. Równie ciekawie wykonała inny cover. Był to kawałek Lady Gagi „Bad Romance. Zabawa z coverami zaowocowała wydanym w 2011 roku minialbumem, gdzie znalazło się sześć przeróbek znanych piosenek, między innymi wspomniany „Bad Romance” czy „Nothing Else Matters” trashowej legendy Metallica. Kolejny album Lissie pojawił się w 2013 roku. „Back to Forwver” również był bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy, nie przełożyło się to jednak na ogromny sukces rynkowy.

Tyle historii, przejdźmy do muzyki, bo to jest najważniejsze. Lissie, mimo niezbyt długiej obecności na rynku muzycznym, może pochwalić się całkiem sporym dorobkiem. Dwa longplaye to nie dużo, ale dokładając do tego pięć epek oraz kilka wydanych singli, wychodzi na to, że artystka nie marnuje czasu. A wydała jeszcze koncertowe DVD. Ja skupię się standardowo na studyjnych longplayach.

Pierwsza płyta „Catching a Tiger”. Nie mogłem uwierzyć, że to debiut. Płytę poznałem dzięki genialnemu „When I'm Alone” i stwierdziłem, że warto by się zagłębić w twórczość tajemniczej blondynki. Niestety w Polsce raczej popularność Lissie jest znikoma. Bardzo to dziwne ale cóż. Jak już mówiłem, nie sposób domyślić się, że ta płyta jest debiutem. Pierwsze co zwraca uwagę słuchacza to wokal. Jest cudowny. Lissie ma w głosie niesamowitą moc. Czasem jest słodka, by w momencie zmienić się w czadową rock'n'rollówkę. Jednak płyta to nie tylko jej wokal, ale również inni muzycy. A tu również jest ciekawie. Delikatne gitary, klawisze, raz grające tło a raz wysuwające się na pierwszy plan do tego świetnie uzupełniająca się sekcja rytmiczna. Ciepłe brzmienie basu i spokojna perkusja, która mimo wszystko nadaje rozpędu utworom. Płyta jest spokojna, ale nie pozbawiona wigoru. Doskonale słychać tu echa amerykańskiego folku, czasami muzyki country i rockowy czad w odpowiedniej dawce. Do tego doskonała produkcja i świetne brzmienie całego albumu. Słychać, że Lissie inspirowała się przekrojem amerykańskiej muzyki rockowej i folk. Album na szczęście nie jest kolejną amerykańską płytą, których są setki i wszystkie podobne. Lissie uzyskała nową jakość, album cieszy ucho i nie zapowiada się, żeby szybko się zestarzał.

„Back to Forever”, druga płyta, nie porwała mnie aż tak bardzo jak pierwsza. Nie oznacza to, że jest kiepska, bo w sumie nie pisałbym o tym. Nie przeskoczyła, w moich oczach, poprzeczki ustawionej przez debiut. Brzmienie jest świetne, dopracowane. Ale niektóre kompozycje zalatują troszkę jakby popem, a troszkę modnym ostatnio indie rockiem. Nie jest to przestępstwo, w sumie sam gram indie, ale po skojarzeniach z Dylanem z pierwszej płyty troszkę smutno. Cóż, na szczęście wokal jest wspaniały, a tu Lissie jeszcze się nim bawi. Przeszkadza za to elektronika, która bardzo się narzuca przy kilku kawałkach. Ten album chyba nie będzie zapamiętany jak poprzedni.

Doskonały debiut, mniej doskonały drugi album. Mimo wszystko bardzo lubię twórczość tej pani. Mam nadzieję, że jeszcze pokaże co potrafi.

 

Maciej Juraszek