Znowu ruszamy w trasę. Tym razem zostawiamy wiosnę za sobą i lecimy na zimową, wulkaniczną Islandię, skąd pochodzi zespół grający bardzo ciepłą i pozytywną muzykę. Skład bardzo młody, mający na koncie zaledwie jeden longplay i demówkę. Nie mający długiej historii, ale grający bardzo interesującą miesznkę folku oraz indie rocka i popu. Przed Wami Of Monster and Men.
Grupa powstała w 2010 roku w niewielkim miasteczku na zachodzie Islandii, Garour. Zespół powstał z inicjatywy grupki młodych ludzi, którzy znudzeni małomiasteczkową codziennością postanowili razem zacząć grać. Okazało się, że muzyka, którą proponują jest na tyle ciekawa, że w tym samym roku wygrali ogólnokrajowy konkurs zespołów Musiktilraunir. Na początku 2011 roku grupa podpisała kontrakt płytowy z islandzką wytwórnią Record Records. Dzięki temu wydała na wyspie swój debiutancki album, który bardzo szybko osiągnął sukces. Płyta została przyjęta znakomicie nie tylko na Islandii ale również w USA. Dzięki temu zespół podpisał kontrakt z muzycznym gigantem Universal Music Group co pozwoliło na wydanie debiutu „My Head is an Animal” na całym świecie. A stało się to rok po islandzkiej premierze. W 2012 roku świat oszalał na punkcie młodziaków z Islandii. Po wydaniu debiutu na światowym rynku zespół mocno ruszył z koncertami, a pierwszą trasę zagrali w USA, gdzie mieli okazję zagrać na wielkich festiwalach takich jak np.: Lollapalooza. Początkowo trasy koncertowe były ciężkie, młodzi muzycy nie byli przyzwyczajeni do tak długich pobytów poza domem. Jednak publiczność dodawała zespołowi otuchy.
Zespół obecnie składa się z siedmiu osób. Mamy tu więc wokalistkę grającą na gitarze, śpiewającego gitarzystę, klawiszowca grającego również na akordeonie, bębniarza, basistę, trębaczkę, która dołączyła po nagraniu płyty oraz gitarzystę prowadzącego. Ile osób tyle inspiracji muzycznych. Sekcja rytmiczna kocha rock'n'roll. Wokaliści są samoukami, którzy inspirują się akustycznym graniem. Jest tu też osoba po szkole muzycznej oraz miłośnik jazzu. Przy takiej mieszance stylów, jak wiadomo, może wydarzyć się wszystko.
Powstała więc płyta świetna. Przede wszystkim jest to granie akustyczne. Takie granie nazywają w mediach „new folk” i może faktycznie coś w tym jest. Nieco songwriterstwa, nieco indie rocka, odrobina popu, ale wysokich lotów. Muzyka bardzo dobra, a zarazem łatwa w odbiorze i puszczana w radio. Odświeżenie grania w stylu Boba Dylana, Staszka Sojki czy Jacka Kaczmarskiego, przy okazji dodanie nowych rzeczy pojawiających się w świecie muzyki oraz świetna produkcja i dbałość o brzmienie.
„My Head is an Animal” nie można nic zarzucić. Świetnie uzupełniające się wokale, słodki, damski głos, w którym można się zakochać oraz niezbyt wysoki, energiczny głos męski. Do tego współgrające akustyki oraz elektryczna gitara, którą słychać to tu to tam, ale nie narzucająca się. Świetna trąbka, momentami przywołująca słoneczne ska. Akordeon robiący tło, ale potrafiący wysunąć się na pierwszy plan i zrobić doskonałe ozdobniki oraz melodie. Mamy jeszcze plumkające czasami pianinko. Nie można zapomnieć o sekcji rytmicznej. Prawdziwi rock'n'rollowcy nie porzucili swojej pasji. Wspaniale razem grają, pasują do siebie jakby byli jednym organizmem. Nie często zdarza się aż tak dobre zgranie basisty i bębniarza. Nadają utworom tempo, pchają je do przodu.
Album jest super. Ciepło, mnóstwo pozytywnej energii. Świetny klimat, spokój a zarazem czad w najlepszym wydaniu. Magiczne wydawnictwo.
Mam nadzieję, że ich pierwsze słowo nie było ostatnim. Ja czekam niecierpliwie na kolejne nagrania oraz jak zawsze na koncerty u Nas w kraju.