View Comments

Voodoo z północnej Szwecji

Ostatnie dwa teksty przedstawiały artystów dość spokojnych. W tym odcinku Naszych muzycznych wycieczek lecimy na północ Szwecji. Tam powstał zespół, który za spokojny nie jest. Oczywiście Szwecja jest ojczyzną wikingów i death metalu, ten zespół jednak nie jest przedstawicielem tak ekstremalnej muzyki. Dziś posłuchamy magicznego połączenia afrykańskich brzmień bębnów, psychodeliczno – stonerowych gitar, mistycznego wokalu. A wszystko to podane jest w wyjątkowo ciekawy sposób i owiane ciekawą historią. Przed Wami Goat.

Mimo, że obecnie zespół rezyduje w Goteborgu, to jego historia sięga malutkiej wioski położonej na północy Szwecji, Korpilombolo. Legenda głosi, że w dawnych czasach do wioski trafił szaman voodoo wraz ze swoimi uczniami. Osiedlili się i tam praktykowali rytuały voodoo. Pokolenia szamanów trwały tam aż do Skandynawii nie dotarli chrześcijanie, którzy przepędzili również mieszkańców wioski. Ziemia została jednak nasiąknięta magią voodoo. A w wiosce można poczuć tajemniczą obecność. Po latach milczenia Goat wyprowadzili tradycję wioski w świat za pomocą swojej muzyki. Członkowie zespołu z muzyką i tradycjami voodoo mieli do czynienia od małego. I w pewnym momencie doszli do wniosku, że muzykę należy pokazać światu, ruszyli więc na podbój scen. W oryginalnym składzie Goat jest trzech członków pochodzących z Korpilombolo. Muzyka zespołu jest jednak na tyle bogata, że koncertowo wspierają ich cztery osoby poznane w Gotteborgu. Zespół do tej pory nagrał jedną studyjną płytę, koncertówkę oraz kilka singli. Debiutancki i jak na razie jedyny studyjny album błyskawicznie został zauważony. Zebrał bardzo pozytywne recenzje oraz zjednał ogromną rzeszę fanów.

Dzięki rewelacyjnej muzyce, zespół zaczęto zapraszać na wielkie festiwale muzyczne. Zagrali między innymi na festiwalach: Glastonbury czy Coachella. Zespół dał koncert również na katowickim OFF Festivalu. Ciekawe koncerty to nie tylko zasługa muzyki, ale również całej aury, którą zespół roztacza wokół siebie. Specjalne maski i stroje, w których występują, rytualne tańce na scenie podgrzewane rytmami afrykańskich bębnów. Na scenie nie widać ich twarzy. Jest to jedno z założeń i przekonań muzyków: to nie człowiek ma być widoczny a jego czyny.

Czyny przekonywują tak jak muzyka. Jak już wspomniałem na początku połączenie jest magiczne i każdy może usłyszeć coś innego. Rytmy wybijane przez afrykańskie bębny pomieszane z mocarnym groovem zestawu perkusyjnego mają wielką energię ale też delikatną dawkę transu. Do tego bas, raz grający na niskich dźwiękach, podbijający bębny, raz dający ciekawą melodię na przesterowanych dźwiękach. Psychodeliczne brzmienie nadają gitary, którym nie można odmówić stonerowego sznytu. Ale niech nie wydaje się Wam, że muzyka jest ciężka i gitarowa. Na płycie czuć niesamowity polot, czasem czai się funk a nawet jazz, połamane rytmy i wchodząca momentami sekcja dęta. Ze ściany gitar i afrobeatu potrafią również wyskoczyć delikatne piszczałki, które nie tylko chcą pokazać tradycję voodoo ale wchodzą do magicznych krain gdzie można spotkać elfy i wróżki. Momentami mamy również klawisze i organy Hammonda, które dodają klimatu i tajemniczości. Nie można zapomnieć o wokalu. Jest niesamowity. Dziewczyna wie jak wykorzystać swój dar i połączyć go z muzyką. Brzmi jakby wyjęta z tradycyjnych pieśni wikingów lub słowian. Co z tego, że śpiewa po angielsku. Płyta nosi tytuł „World Music” i faktycznie zasługuje na miejsce na półce z tym gatunkiem muzycznym. Muzycy nie są ograniczeni do jednej formuły. Nijak nie wpisują się w żadną sprecyzowaną, muzyczną szufladkę. Mają głowy pełne pomysłów i umiejętności do przekazania tych pomysłów.

Mam nadzieję, że grupa przypadnie Wam do gustu, bo dziś trochę poleciałem :D

Maciej Juraszek