View Comments
Szyja Księżyca i Lodowy Tron Boga czyli kolejna wyprawa przyjaciół portalu.  
Podczas wakacyjnego wyjazdu w Alpy w zaszłym roku (o którym pisałem Państwu w artykule „Alpy bliskie, Alpy dalekie”) jednogłośnie zadecydowaliśmy o wyjeździe w góry bardziej egzotyczne.  Po oszacowaniu możliwości finansowych i  urlopowych wstępnie postanowiliśmy odwiedzić Amerykę Południową. Wybraliśmy najmniejsze z tamtejszych państw – Ekwador.  W wielu przeczytanych przez nas relacjach z podróży po tym kraju autorzy opisywali Ekwador jako miniaturkę tego wielkiego kontynentu. Jego klimatyczna,  geograficzna i biologiczna różnorodność jest zadziwiająca.  Na obszarze mniejszym od Polski znajduje się wybrzeże Oceanu Spokojnego, lasy deszczowe – równikowe, w tym część słynnej Amazonii i oczywiście – co nas najbardziej interesowało – wysokie góry.  Naszym celem stały się dwie najwyższe góry Ekwadoru, a później podróżowanie po kraju. W tej części relacji pokrótce opowiem o naszej górskiej przygodzie w tej części Andów.

Andy  - czyli region sierra

Andy ciągną się przez Ekwador z południa na północ szerokim na kilkadziesiąt kilometrów pasmem wyżyny sięgającej około 2500 metrów, z której wzbija się kilkadziesiąt wybitnych wierzchołków. Większość z nich to wulkany,  kilka z nich jest wciąż aktywnych,,co samo w sobie jest wielką atrakcją. Pasmo to nazywane jest „ Aleją Wulkanów”. Nasze cele to najwyższa góra Ekwadoru Chimborazo ( 6310 m.n.p.m) i druga Cotopaxi (5897 m.n.p.m). Obie są wulkanami, z czego Cotopaxi jest najwyższym aktywnym wulkanem świata! Chimborazo natomiast licząc od środka ziemi jest najwyższą górą świata, ponieważ jest kilkadziesiąt kilometrów od równika ,a w tym miejscu kula ziemska jest najgrubsza. Z powodu swej wybitności do XIX wieku był uważany za najwyższą górę świata. Jako pierwszy zdobył ją słynny angielski alpinista Edward Whymper w 1880r.

Tym razem wybraliśmy się na wyprawę w składzie: Przemek Szczepanek, Paweł Piela, Wojtek Szypuła, Mariusz Stępień i ja. Termin na przełomie lutego i marca wydawał się odpowiedni z różnych względów. Także z tego, że pozwala „uciec” na chwilę od zimy, której w tym terminie już większość z nas zaczyna mieć dosyć.  A tamtejszego klimatu można pozazdrościć. Na wyżynie, ponieważ jest w strefie równika, cały rok jest 20 – 30 stopni, a  w nocy minimalne temperatury to ok. 10 stopni, dzień i noc trwają równo po około 12 godzin. W tym czasie robi się bardziej deszczowo i góry są częściej przykryte przez chmury nacierające od strony Amazonii, gdzie zaczyna się pora deszczowa. Najlepszy okres na wspinaczkę to VII-XI i  XI – XII kiedy zwykle jest czyste niebo i piękne widoki. Pogoda była naszą największą obawą, która na szczęście się nie potwierdziła.

Aklimatyzacja

Po męczącej podróży z przesiadką w Londynie i Miami (gdzie mieliśmy okazję na kilkugodzinne leżenie na słynnej plaży pod palmami ), a dla Pawła w Madrycie, spotkaliśmy się na lotnisku w stolicy kraju Quito. Dwie noce spędziliśmy w tym mieście a następnie pojechaliśmy do miasteczka Machachi, które jest świetnym punktem wypadowym w góry.  Ze skromnego hoteliku „Hospederia Refugio Chiguac” prowadzonego przez miłych miejscowych ludzi zdobywaliśmy aklimatyzację na okolicznych niepozornych górach. Najpierw Pasachoa ( 4230 m.n.p.m ), gdzie ze względu na późne wyjście nie dotarliśmy, a osiągnęliśmy ok. 3500 m. Na następny dzień już zdobyliśmy Corazone ( 4788 m.n.p.m ), co z powodu ogromnych przestrzeni, odległości i  wysokości było dużym wyczynem. Na płaskim wierzchołku we mgle spotkaliśmy sympatycznego przewodnika z dwojgiem klientów. Na tych górach nie ma stałego śniegu ani lodowca. Wysokość „alpejska” jest w zasięgu jednodniowej, łatwej wspinaczki po ogromnych połoninach z bujną roślinnością i ewentualnie rumowisku skalnym na samym szczycie. Nie ma tam znakowanych tras, a miejscowi górale pytani o odległość twierdzą, że wszystko jest w zasięgu jednej – dwóch godzin marszu, podczas gdy dotarcie na górę zajmuje nawet 6-8 godzin! Tu czuć już wysokość, a wspinanie się do góry po łąkach, pastwiskach, polnymi drogami, a nawet w dżungli w kierunku szczytu to czysta przyjemność . Mijane krowy są jak nasze beskidzkie, ale, to że są dokarmiane bananami wysypywanymi  na trawę z samochodów, to już trochę dziwne.

Fotorelacja:

aklimatyzacja


Cotopaxi "Szyja księżyca" – altura 5897 m.n.p.m.

Po dniu odpoczynku i włóczeniu się po Machachi pojechaliśmy na Cotopaxi. Wynajętym pickup – em  Senior Vargas w dwie godziny dowiózł nas do Parku Narodowego Cotopaxi wyboistą drogą, przez małe wioski i ogromne wyżynne pustkowie, pomiędzy głazami wyrzuconymi  z wulkanu podczas jednej z około pięćdziesięciu erupcji w ostatnich 250 latach. Ostatnia miała miejsce 23 lata temu! Góra jest wybitnym, symetrycznym, lodowym stożkiem na czerwonawej ziemi. Niestety w tym okresie przez większość dni królują tu niskie chmury, które uniemożliwiają podziwianie jej w całym majestacie. Parking na wysokości ok. 4500 m. jest w odległości godziny drogi do schroniska - pieszo - w grząskiej glinie. W schronisku Refugio Jose Rivas na wysokości 4800 m.n.p.m wraz z kilkoma Amerykanami i ich przewodnikami  spędziliśmy popołudnie przygotowując się do nocnego wyjścia. Wspinanie jest tu bardzo podobne do tego alpejskiego. Wyruszasz w nocy, żeby zejść wcześnie rano. Ból głowy, trudności w oddychaniu, emocje i chłód panujący w schronisku utrudniał wieczorne spanie. Pomimo tego zgodnie z planem wyruszyliśmy w nocy na morderczą walkę z wysokością, czasem i własnymi słabościami.  Tuż pod szczytem zaskoczył nas zapach siarki z wnętrza wulkanu, który podziałał jak sole otrzeźwiające na ekstremalne zmęczenie, ból głowy i krążące w głowie pytanie – ile jeszcze do szczytu? Po około 6 godzinach nocnej wspinaczki i pokonaniu blisko 1100 metrów różnicy poziomów stanęliśmy na szczycie dokładnie w momencie, kiedy wokół robiło się szaro-niebiesko, bo daleko nad Amazonią wstawało słońce. Szczęśliwi i bardzo zmęczeni spędziliśmy kilkanaście minut  na szczycie, który jest brzegiem olbrzymiego krateru. Parę zdjęć, gratulacje i  w ciągu dwóch godzin byliśmy w schronisku zanim słońce zaczęło roztapiać potężny i stromy lodowiec. O umówionej godzinie senior Vargas zabrał nas do Machachi g dzie odpoczywaliśmy szczęśliwi  i dumni przez następny dzień.

Fotorelacja:

Cotopaxi

Chimborazo „lodowy tron boga” – altura 6310 m.n.p.m

Po dwóch dniach musieliśmy z żalem opuścić „Hospederia Refugio Chiguac” i Machachi.  Pojechaliśmy około 100 km na południe pod następny nasz cel – Chimborazo. Całodniowa podróż autobusem, głównie słynną panamericaną ,skończyła się późnym wieczorem w małej góralskiej wiosce Pulingui San Pablo na wysokości 3900m. Okazało się, że są dwie o tej nazwie i trafiliśmy oczywiście do złej.  Autobus, którym tam jechaliśmy zabierał po drodze wszystko łącznie z długimi na 10 metrów deskami, które ładowano na dach! Jako gringos z ogromnymi plecakami wzbudzaliśmy zdziwienie wśród pasażerów. Po dotarciu do wioski było pewne, że nie jesteśmy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć. Tylko dzięki kierowcy autobusu i siedzącej obok nas Indiance udało się ustalić, że właściwa wioska jest ok…. 30 km stąd! Byliśmy bardzo zdziwieni, że ci ludzie znali schronisko „la casa del condor” i właścicieli! Zadzwonili do nich i pozwolili nam zaczekać w domu. Po około godzinie zjawił się senior Luiz swym lśniącym  pickup-em i chyba całą rodziną (łącznie 7 osób). Wszyscy Oni i nasza piątka z bagażami późnym wieczorem dotarliśmy do właściwej Pouglinni , która składa się z około 10 budynków, w których żyją miejscowi górale i ich zwierzęta. Jest też oczywiście „la casa del condor” mały hotelik zbudowany dla turystów.

Na następny dzień  senior Luiz (plus trójka dzieci) zawiózł nas do Parku Narodowego Chimborazo na wysokość 4800 m.n.p.m  na parking przy niższym ze schronisk. Jak w przypadku Cotopaxi bilet wstępu do parku to 10$ od osoby. W godzinę dotarliśmy do schroniska na 5000 m.n.p.m noszącego imię wspomnianego Edwarda Whympera. Atmosfera była o niebo lepsza od bardziej komercyjnego schronu pod Cotopaxi. Paliło się w kominku, miły i pomocny pan z obsługi. Robiło się coraz później a my byliśmy jedynymi. Do tego padał śnieg, gęste chmury rzadko chwilowo odsłaniały ogrom góry. Z nadzieją czekaliśmy na przewodników ze swymi klientami, za którymi moglibyśmy pójść. Nie doczekaliśmy się. Postanowiliśmy jednak pójść w nocy żywieni nadzieją, że ścieżka na górę jest dobrze widoczna, a góra okaże się równie „łatwa” jak Cotopaxi. Niestety tym razem oszczędność „na przewodniku” się nie opłaciła. Teren okazał się trudny w orientacji. Nie było śladów po poprzednich wspinaczach. Stromy lodowiec, zamarznięta glina, świeży śnieg i brak orientacji co do przebiegu drogi na szczyt kazały nam zawrócić z wysokości ok. 5900 metrów. Zawiedzeni wróciliśmy do schroniska. Schodzenie okazało się trudniejsze! Nie mogliśmy nawet znaleźć własnych śladów! W oczekiwaniu na Luiza w dolnym schronisku spotkaliśmy Niemca, który z przewodnikiem wybierał się tej nocy na szczyt. Szkoda, że nie przyszli dzień wcześniej...

Fotorelacja:

chimborazo

 

Tymczasem zaczęliśmy tęsknić za wyższą temperaturą. Następnym punktem była plaża nad Oceanem i dżungla…

Autorzy zdjęć: Marcin Szypuła, Przemysław Szczepanek, Mariusz Stępień

{yoogallery src=[/images/stories/arts/2010-cotopaxi-i-chimborazo/slajdy] }


Marcin Szypuła

Czytaj także:
Opowieść o poprzedniej wyprawie Marcina i ich ekipy: Alpy bliskie, Alpy dalekie