- Szczegóły
- Opublikowano: 14 lipiec 2014
Nowe wcielenie Dylana?
Hej! Ostatnie wycieczki były w USA. Czas wrócić o Europy, przecież tu również dzieje się wiele dobrego. Tym razem przystanek będzie na wyspach brytyjskich skąd pochodzi bardzo utalentowany, młody człowiek. W swojej muzyce umiejętnie łączy amerykański folk, w stylu Boba Dylana z początku kariery, dokłada elementy bluesa i porządnie doprawia energią godną pierwszych płyt Arcitic Monkeys. Przed Wami Jake Bugg.
Chłopak urodził się w 1994 roku w Notthingham. Jego rodzice nie byli zawodowymi muzykami, jednak amatorsko grywali w różnych zespołach. Bugg był więc od małego bliko muzyki co nie pozostało obojętne dla jego przyszłości. Zaczął grać na gitarze w wieku 12 lat, mając lat 14 wstąpił do pierwszego zespołu gdzie grał na basie. Pierwsze piosenki zaczął pisać jak miał 16 lat, zafascynowany muzycznymi legendami: The Beatless, Jimi Hendrix, Oasis czy Bob Dylan. Szybko został zauważony przez stację BBC, która umożliwiła mu występ na Glastonbury Festival. Dzięki temu Jake w mgnieniu oka podpisał kontrakt płytowy z jedną z największych wytwórni, Mercury Records.
Pierwszy album artysty ukazał się w październiku 2012 roku. Wydawnictwo „Jake Bugg” rozeszło się w oszałamiającej ilości 604 tys. sztuk. Świetna płyta zebrała doskonałe recenzja i spodobała się słuchaczom. Drugi album wyszedł rok później. „Shangri LA” nie powtórzyła komercyjnego sukcesu debiutu, jednak jest to kawał dobrej muzyki. Artystyczne rozwinięcie formuły muzycznej pierwszej płyty. Nie można zapomnieć, że przy produkcji tej płyty maczał palce sam Rick Rubin, legendarny producent, który współpracował między innymi ze Slayerem czy Johnnym Cashem.
Jak jest więc muzyka, którą proponuje 20 letni muzyk? Na podstawie dwóch płyt, które zostały wydane w niewielkim odstępie czasu, muszę stwierdzić, że jest bardzo dobrze. Energia, moc, fajny klimat, doskonałe wzorce do naśladowania. To wszystko słychać na obu albumach Bugga. Płyty tak podobne do siebie a jednak tak bardzo różne. Pierwsza płyta jest przede wszystkim spokojniejsza niż druga. Główną rolę ma tu gitara akustyczna, czasami pojawia się delikatny basik oraz perkusja. Te elementy mają tu swoją pierwotną funkcję, tworzą rytm. Nie ma tu fajerwerków robionych przez sekcję. Proste rytmy, do tego akordowa gitara. Niby nic specjalnego, a jednak świetne. Klimat jaki udało się zbudować młodemu na plycie powala na kolana. Do tego jego doskonały głos, silny, mający fajną, młodzieńczą barwę. Na tej płycie zdecydowanie czuje się ducha dylanowskich lat 60. brakuje tylko harmonijki ustnej. Ciekawe jest to, że z utworu na utwór płyta jakby zwalnia. Zaczyna się od energetycznych kawałków, które dalej ustępują miejsca coraz bardziej balladowym klimatom. Fajna koncepcja, sprawdziła się na tym albumie doskonale. Dzięki temu nie wieje nudą. Brzmienie całej płyty również jest bardzo ciekawe. Nie ma tu ogromu pracy studyjnej, album brzmi naturalnie, może nawet staroświecko. Na drugiej płycie słychać postępy artysty na swojej muzycznej drodze. Coraz częściej gitarę akustyczną zastępuje gitara elektryczna. Oprócz prostej gry po akordach dostajemy garść konkretnych ozdobników gitarowych i kilka fajnych solówek. Sekcja rytmiczna wciąż jest sekcją rytmiczną, jednak na tym wydawnictwie gra zdecydowanie dynamiczniej. Świetne utwory, dzięki brzmieniu elektryka pędzą do przodu. Oczywiście nie brak tu chwili oddechu. Warstwa muzyczna jest tu jednak bardziej zróżnicowana. Już nie tylko Dylan pojawia się w kontekście wzorców. Z jednej strony mamy tutaj sporo elementów country, trochę bluesa. Właśnie na „Shangri LA”pojawia się mnóstwo odnośników do indie rocka i alternatywy. Słychać fascynacje Oasis, słychać również energię i młodzieńczy bunt Arctic Monkeys. Bardzo ciekawe połączenie, które wyszło rewelacyjnie. Jeżeli dodamy jeszcze, że gościnnie w sesji wzięli udział między innymi Chad Smiths, Elvis Costello czy Jason Lader to mamy gwarancje zawodowstwa. Do tego dopracowane brzmienie, nowoczesne, świeże.
Niewątpliwie Jake Bugg swoją muzyką zrobił swoistą rewolucję na rynku muzycznym. Nie tylko na folkowo alternatywnym podwórku. Udowodnił, że chłopak z gitarą, jeśli tylko ma pomysł i talent, nie wychodzi z mody. Trzeba dodać, ze również szczypta szczęścia jest potrzebna do zaistnienia w mediach, tu również mu się udało. Młody człowiek pełen pomysłów, szybko robiący karierę. Oby tylko nie pomieszało się w głowie. I oby wytwórnia nie zrobiła z niego kolejnego zniewieściałego Biebera...
Maciej Juraszek














Czytaj więcej...